W Gnieźnie nie brakuje miłośników muzyki klasycznej, opery, operetki i musicalu. Można się było o tym przekonać w niedzielny wczesny wieczór, gdy sala widowiskowa Miejskiego Ośrodka Kultury wypełniła się do ostatniego miejsca. Około 200 osób przybyło na koncert karnawałowy w ramach cyklu Królewski Salon Sztuki.

Wystąpił dla nas zespół Camerata Trio z Zielonej Góry w składzie: Kamila Susłowicz – skrzypce, Arkadiusz Szydło – wiolonczela i Sebastian Cieślinski – fortepian. Muzykom towarzyszyli śpiewacy: Gutaj - Monowid (sopran) – solistka Teatru Wielkiego w Poznaniu oraz Hubert Stolarski – solista Opery na Zamku w Szczecinie i Filharmonii Zielonogórskiej. S. Cieśliński kilkakrotnie podczas koncertu podkreślił swoje rodzinne związki z Gnieznem – bo stąd pochodzi jego tato i tu ma rodzinę, a jego krewni śpiewają w chórze „Metrum”.

Swój koncert artyści rozpoczęli jednym z najbardziej lubianych utworów Wolfganga Amadeusza Mozarta, „Eine klaine nachtmusik”. W ciągu kilkudziesięciu kolejnych minut zabrzmiała także muzyka Starussów: bodaj najpiękniejszy walc świata – „An der schönen blauen Donau” („Nad pięknym modrym Dunajem”) Johanna Straussa II oraz „Galop” jego ojca, Johanna Straussa I. Zabrzmiał także piąty taniec węgierski Johannesa Brahmsa oraz „Czardasz” Montiego – jedyny utwór, którym temu włoskiemu skrzypkowi i kompozytorowi udało się zapisać w historii muzyki.

Szczególnie do gustu gnieźnienskiej publiczności przypadły jednak popisy wokalne solistów. Barbara Gutaj – Monowid oczarowała słuchaczy m.in. przepięknie wykonaną arią „La Habanera” z opery „Carmen” Bizeta, którą wykonała, przechadzając się pośród publiczności. Równie pięknie wykonała ona też słynną arię „Summertime” Gershwina, która swą popularnością na świecie przerosła operę, do której została napisana, czyli „Porgy and Bess”. Hubert Stolarski zachwycił zaś wspaniale i z humorem zaśpiewanym „O sole mio”, w którym dał pokaz kunsztu wokalnego, wyśpiewując wysokie tony i rozciągając ich brzmienie nawet do kilkudziesięciu sekund. Usłyszeliśmy także m.in. „Co się dzieje, oszaleję” z „Księżniczki Czardasza” Imre Kalmana, milczą, dusza śpiewa” z „Wesołej wdówki” Franza Lehara oraz polski przebój okresu międzywojennego – „Brunetki, blondynki” z repertuaru Jana Kiepury.

Artyści kilkakrotnie podczas występu zachęcali publiczność do wspólnego śpiewania. Do tego zresztą chętnych wcale nie brakowało – nikt natomiast nie odważył się zatańczyć, do czego artyści również namawiali. Gdy występ się zakończył, Dariusz Pilak, dyrektor MOK, żartem zapowiedział artystom, że połowę koncertu wykonali za nich zgromadzeni Gnieźnianie, wobec czego albo obetnie im gażę o połowę, albo zaśpiewają coś więcej. Bez bisów i tak by się nie obyło – Gnieźnianie podziękowali wykonawcom długimi owacjami na stojąco.

Koncert ten był wielkim sukcesem Miejskiego Ośrodka Kultury i obyśmy mieli częściej okazję obcować z tak piękną i znakomicie wykonaną muzyką. Smutne jest jedynie to, że pośród publiczności dominowały osoby o siwych głowach. Bardzo niewiele było osób poniżej 60 roku życia, a młodzieży nie było wcale. Czyżby ta piękna muzyka była skazana na wymarcie wraz z pokoleniem naszych seniorów? Oby nie. (maw)